01
Kwi

Choroba psychiczna – „Wszystko staje się jasne i piękne, aż nagle BUM! I koniec. I już nic nie wiesz. Wpadasz w depresję.” – wywiad

Ile masz lat i od kiedy wiesz o tej chorobie?

Właśnie skończyłam 18 lat.
Chorobę afektywną dwubiegunową (ChAD) zaczęłam podejrzewać u siebie około rok temu. Na spotkaniu rodzinnym usłyszałam, że kuzyn miał ją zdiagnozowaną i mimo że praktycznie nic na ten temat nie wiedziałam, sama nazwa wydała mi się tak znajoma, jakby była stworzona specjalnie dla mnie. Wtedy zaczęłam czytać, obserwować siebie i analizować wspomnienia, a im dłużej to robiłam, tym większą zyskiwałam pewność. W okolicach wakacji mój stan zaczął się pogarszać tak bardzo, że stanowiłam dla siebie duże zagrożenie, nie byłam w stanie normalnie funkcjonować, ani myśleć. Do depresji dochodziły bardzo częste ataki paniki, koszmary i różne zaburzenia psychosomatyczne. Miałam dwóch psychologów, a pod koniec roku trafiłam do psychiatry.

Czym ona w ogóle jest, dwubiegunowość?

Jest to zaburzenie psychiczne charakteryzujące się występowaniem naprzemiennych odmiennych nastrojów- od euforii po depresję. Bezpośrednią przyczyną dwubiegunówki są głównie zaburzenia w występowaniu serotoniny, dopaminy i noradrenaliny. Skłonność do wystąpienia choroby jest przekazywana genetycznie, może też pojawić się z powodu wad rozwojowych płodu lub być efektem urazów mózgu. Niektóre teorie wskazują długotrwały stres, nieodpowiednią ilość snu i brak organizacji rytmu dobowego jako możliwą przyczynę wystąpienia choroby.

Czy są objawy dwubiegunowości? Jakie?

Przede wszystkim bardzo silne i utrudniające normalne życie huśtawki nastrojów. Są dwa główne rodzaje: w jednym depresja ze wszystkimi typowymi objawami przeplata się z manią, czyli bardzo podwyższonym nastrojem. Choremu często wydaje się, że jest wyjątkowy, zdolny do wszystkiego, nie obejmują go żadne ograniczenia, podejmuje nieprzemyślane decyzje- od bezsensownych, drogich zakupów do imprezowania bez hamulców czy wszczynania awantur i łamania prawa. Często pojawia się gonitwa myśli, pobudzenie psychoruchowe, drażliwość i trudności z koncentracją. Zdarzają się też poważne zaburzenia w postrzeganiu rzeczywistości.


W drugim rodzaju po depresji następuje okres hipomanii, która jest łagodniejsza niż mania, raczej nie powoduje podejmowania nieracjonalnych decyzji, wręcz może pomagać, bo czuje się wtedy świetnie, ma się dużo energii, łatwo nawiązuje kontakty, dużo mówi i podejmuje działanie. Szczęście w nieszczęściu, że mam ten drugi typ.
Oprócz tych dwóch stanów występują jeszcze stany mieszane, które są tak naprawdę najgorsze, bo dostarczają bardzo ciężkich i niebezpiecznych odczuć depresyjnych, ale łączy się to z wysokim poziomem energii i spontanicznym działaniem manii. Dla każdego, kto miał styczność z depresją zagrożenie jest oczywiste- o ile w jednobiegunowej depresji autodestrukcyjne zamiary często powstrzymuje brak energii i zdecydowania, w stanie mieszanym ta energia się pojawia, a razem z nią dużo większe ryzyko zrobienia sobie krzywdy. W dodatku mózg przez ten czas naprawdę nie wie co się dzieje, przeskakuje od najgorszych do najlepszych myśli, dostaje sprzeczne sygnały, czasem sam już nie wie co jest prawdą, a co nie.

Poszczególne stany mogą trwać od kilku miesięcy do kilku godzin albo i krócej. Niestety wbrew pozorom im krótszy czas trwania poszczególnych faz, tym bardziej choroba jest niebezpieczna. Najwięcej samobójstw jest właśnie wśród chorych ze zmianami co parę godzin.
Pomiędzy manią/hipomanią a depresją może wystąpić okres „normalności”- chory może nie mieć żadnych objawów, czuć się jak zdrowy człowiek. To również może utrudnić postawienie diagnozy, czy zauważenie, że coś jest nie tak.

Powyższe objawy są bardzo ogólne i charakteryzują podstawowe aspekty dwubiegunowości. Chciałabym zaznaczyć, że w tym wywiadzie koncentruję się na swoim doświadczeniu. Inne osoby mogą opisywać swoje objawy inaczej, zwłaszcza że moja sytuacja jest skomplikowana i dochodzą do niej inne zaburzenia i trudne doświadczenia.

Co się dzieje z taką osobą, która się z tym zmaga? Co dzieje się w ich głowach, a co dzieje się w Twojej?

Sytuacja jest bardzo trudna. Poszczególne stany trwają u mnie naprawdę krótko, przez co strasznie ciężko było przyjąć to, że naprawdę coś jest nie tak. Kiedy stan depresyjny się skończy mój mózg tak silnie wypiera to jak się czułam, że wydawało mi się że przesadzam, wymyślam. Czytałam, że żeby uznać depresję za depresję musi ona trwać co najmniej dwa tygodnie i uważam, że to straszna bzdura. To, że moje stany depresyjne trwają krócej, nie czyni ich ani trochę mniej poważnymi i niebezpiecznymi. Wręcz przeciwnie. Depresja w chorobie dwubiegunowej jest tak samo pełnoprawna jak jednobiegunowa, a to, że trwa krótko, ale często wraca tylko zwiększa zagrożenie, bo mózg przestaje sobie radzić ze sprzecznymi sygnałami.

W ogóle sprzeczne sygnały są dużym problemem. Jestem osobą, która reaguje bardzo emocjonalnie na to co mnie spotyka, a niestety miałam „szczęście” spotkać sporo toksycznych osób. A toksyczna osoba nie jest cały czas zła. Przecież ona ma dobre intencje. Przecież o ciebie dba. Przecież zrobiła to i tamto. A jednocześnie wysysa z ciebie życie, energię, rozsypuje w proch samoocenę. Zauważasz to. Czujesz się dobrze, wiesz, że trzeba o siebie zawalczyć i wiesz, że masz siłę. Cieszysz się, że wreszcie się na to zdecydowałaś, jesteś z siebie strasznie dumna. Nakręcasz się do działania, wszystko staje się jasne i piękne. Aż nagle BUM! I koniec. I już nic nie wiesz. Wpadasz w depresję, w wyrzuty sumienia, poczucie winy. Bo przecież ta osoba nie jest taka zła. Bo nie zrobiła ci krzywdy, przesadzasz, jesteś przewrażliwiona. Jak możesz kogoś obwiniać, człowieku? To z tobą jest coś nie tak. Teraz tamtej osobie będzie przykro i trzeba będzie ją strasznie przepraszać. Nawet jeśli nie wiedziała, że myślisz o niej coś złego, trzeba jej te myśli wynagrodzić. Ale jesteś już na tyle świadoma, że wiesz, że to nie ma sensu, że ta osoba ci szkodzi. Tylko, że co z tego, że podejmiesz jakąś decyzję, kiedy do momentu wprowadzenia jej w życie zmieni się faza dwubiegunówki i będziesz myśleć zupełnie co innego?

To samo dotyczy samooceny. Raz jestem super mądra, piękna, kochana, utalentowana, uwielbiam siebie, mam wielkie plany na przyszłość i jestem pewna, że umiem tak się do nich przyłożyć, żeby wypaliły. A parę godzin później patrzę na siebie jak na przeszkodę stojącą na drodze do szczęścia wszystkim innych, zawadzającą każdemu, nie dającą żadnego pożytku. Co z tego, że miałam takie i takie sukcesy, jak to co jest dla mnie ważniejsze nie wychodzi? W ogóle wszystko jest bez sensu, mogłam się nie rodzić.

Nie umiem nawet odpowiedzieć na pytanie, czy jestem introwertykiem czy ekstrawertykiem. Kiedy jestem w hipomanii zdecydowanie ekstra i taką siebie uwielbiam, taka chcę być. Natomiast w depresji zdecydowanie intro. I tego nie lubię. Kojarzy mi się z totalnym ignorowaniem własnych potrzeb na rzecz zadowalania innych i utratą wszystkiego, nad czym pracuję. Ale myślę, że powinnam się polubić z tą introwertyczną mną. Przecież tak samo zasługuje na miłość. W końcu jest częścią mnie i zawsze będzie.

Czasem kiedy patrzę w tył robi mi się strasznie smutno. Widzę radosną osobę, która bardzo dużo włożyła w pracę nad sobą i dostała, czego chciała, była przykładem i słoneczkiem dla innych. A potem wszystko zaczęło się sypać. Nie dość, że straciła wszystko, na co zapracowała, to słono zapłaciła zdrowiem psychicznym i fizycznym. Ale akurat w moim przypadku „co cię nie zabije to cię wzmocni” zadziałało. Odkryłam w sobie niewiarygodną siłę i potencjał. I wychodzę z tego bagna z mocą, której nigdy nie miałam.

Jak zareagowali na to Twoi rodzice i znajomi/przyjaciele?

Początki były straszne. Sama próbowałam sobie wmówić, że moje objawy nie są aż tak poważne żeby je nazywać chorobą, choć byłam w tak głębokiej depresji, że wstawanie z łóżka i przechodzenie krótkich dystansów czy nawet dawanie sobie jedzenia mnie przerastało. Rodzice byli całymi dniami w pracy, więc łatwo było się z tym kryć. Dopiero kiedy wyjechaliśmy na wakacje zdecydowałam się powiedzieć mamie, wtedy tylko o depresji. Początkowo jej reakcja była naprawdę w porządku, ale potem, kiedy zaczęłam jej faktycznie mówić co się ze mną dzieje, a ona przestała sobie z tym radzić, zaczęło się piekło. Kiedy byłam w naprawdę złym stanie nie wiedziała co ze mną zrobić do tego stopnia, że zaczynała mnie atakować. Miała nadzwyczajny talent do doprowadzania mnie na granicę obłędu. Z każdym jej słowem coraz bardziej traciłam kontrolę nad sobą, bałam się, że naprawdę coś sobie zrobię. Musiałam wysłuchiwać, że jak dalej będę się tak zachowywać to zawiozą mnie do psychiatryka rodem z horroru i dadzą takie zastrzyki, żebym już nigdy nie miała emocji ani normalnego życia.

Kiedy obie byłyśmy w lepszym stanie próbowałam jej na spokojnie tłumaczyć co się dzieje. Nie chciała w ogóle przyjąć do wiadomości możliwości choroby psychicznej. Odkąd pamiętam świetnie ukrywałam złe samopoczucie i przez to wyrobiłam w moim otoczeniu poczucie, że u mnie zawsze wszystko jest super. Ile razy się z nią o to wykłócałam, ile razy walczyłam o nędzne prawo do nazwania choroby chorobą i nie zwalania wszystkich objawów na dojrzewanie! Jak bardzo mąciło mi to w głowie i utrudniało podejmowanie jakichkolwiek decyzji! Kilka miesięcy trwało, zanim wywalczyłam sobie możliwość pójścia do psychologa. Nie miałam z tym szczęścia, pierwszy był genialny w tym co robił, ale coś w nim wywoływało we mnie ataki paniki.

Rozmawiałam z nim o tym, zrozumiał. Był tak wspierający, że zaczęłam płakać, tak niezwykłe było to, że ktoś mi daje prawo czuć się jak się czuję bez obwiniania, z empatią i zrozumieniem. Poszłam do drugiego psychologa. Spodobało mi się, bo wysłała mnie do psychiatry- ktoś wreszcie poważnie potraktował mój problem! Tylko, że na tym się skończyła jej pomoc. Nie chciałabym tego mówić, ale chyba sama nie wiedziała, co ze mną zrobić. Odbierała mi przyjemność z tego, co pomagało (kurczę NIGDY nie róbcie tego osobie z myślami samobójczymi, bo to może być ostatnia rzecz, jaką do niej powiecie!). Widziała, że mam problemy z proszeniem kogokolwiek o pomoc, a i tak z tego, co mówiła wynikało, że nie mogę tej pomocy chcieć, że muszę sobie radzić sama, sama siebie chronić i jeszcze rozumieć, że dla mojej rodziny to jest trudne. No jest, ale to ich nie usprawiedliwia. Dla mnie jest sto razy trudniejsze, a muszę sobie radzić.

Wystarczy mieć otwarty umysł i kochające serce, słuchać tego, co mówi druga osoba i robić to, czego potrzebuje. Zamiast tego miałam serwowane kolejne traumatyczne przeżycia i dowody na to, że nie mogę im ufać. Najgorsze było to, że początkowo niby mnie wspierali, a po jakimś czasie wracali, żeby na przykład powiedzieć, że nie zgadzają się na wizytę u psychiatry. Manipulować mną, przekręcając fakty tak, żeby pasowały do ich opinii. Tata do tej pory nie wie, że się leczę, chociaż mówiłam mu o depresji. Uważa, że wystarczy jak będziemy się bardziej kochać. No cóż. Przykro mi, to nie wystarczy, chociaż oczywiście też jest ważne. W ogóle jest mi przykro, bo gdybym sama nie walczyła, kto wie, czy czytalibyście teraz ten wywiad. A tyle razy mnie zapewniali, że tak bardzo mnie kochają i tak bardzo chcą mi pomóc… Nie wątpię w ich miłość, rozumiem też dlaczego tak bardzo chcieli mnie chronić przed sięgnięciem po pomoc- widzieli w tym zagrożenie dla mojej przyszłości, ale mimo wszystko to boli. Nie powinniśmy powstrzymywać ludzi przed leczeniem. To jest dla nich największym zagrożeniem.

Choroba psychiczna to poważny temat. Czy inni Ci pomagają i wiedzą jak to robić? A jak tego nie robić?

Wszyscy chcieliby pomóc, ale mało komu to wychodzi niestety.
Jeżeli chodzi o rodzinę, po trudnych początkach wszystko powoli zaczyna się układać. Nie wiem co się zdarzyło, ale mamie udało się jakoś poradzić z tą sytuacją na tyle, żeby być dla mnie wsparciem. Zaczęła szanować moje zdanie i emocje, ufać, że znam siebie na tyle, żeby wiedzieć jak sobie radzić. Nadal nie mówię jej o wszystkim, ale zdarzają się momenty, w których czuję, że naprawdę dociera do niej, że wszystko dzieje się naprawdę, jestem chora i trzeba mi pomóc z tą chorobą żyć, a nie udawać że nie istnieje i obwiniać mnie o wszystko. Z tatą na ten temat na razie nie rozmawiam, ale wie, że problem istnieje i stopniowo będę mu mówić więcej. Na razie wspiera mnie spędzając ze mną czas na dobrej zabawie. Bardzo nie chciałabym tego stracić przez myślenie o chorobie.

Powolutku zaczęłam też mówić znajomym, że coś jest nie tak. Nie wszyscy okazali się właściwymi osobami do tej roli, ale było to konieczne. Gdybym nie mówiła nic, coraz bardziej bym się od wszystkich odsuwała, w poczuciu strasznej samotności i niesprawiedliwości, aż w końcu wymyśliłabym powód, żeby odizolować się zupełnie. Otworzenie się i mówienie o prawdziwych uczuciach, tak naprawdę po raz pierwszy, stało się dobrym testem przyjaźni. Pozwoliło ostatecznie upewnić się o toksyczności niektórych osób, sprawdzić, na czyje wsparcie naprawdę można liczyć, a z kim trzeba zostać na etapie wspólnej zabawy i błahych tematów. Udało mi się w końcu odsunąć od osób, które robiły mi krzywdę, choć nadal wyrzuty sumienia i obwinianie siebie o wszystkie bolesne sytuacje powodowane przez innych wracają. Dzieciństwo się odzywa… Ale teraz wiem, że to nie moja wina. I że mam prawo chronić siebie. Że nie jestem maszynką do uszczęśliwiania tych, którzy najbardziej ranią. I że mam prawo wymagać odpowiedniego traktowania, jak każdy z nas.

Całe szczęście oprócz takich osób otaczają mnie ludzie, którzy okazali się źródłem nieocenionego wsparcia. Dzięki nim odkrywam, jak wygląda zdrowa relacja z innym człowiekiem i nabieram coraz więcej nadziej na przyszłość <3

Ciężko jednoznacznie powiedzieć, jak traktować chorą osobę, ale chciałabym wspomnieć o rzeczach, które są dla mnie bardzo ważne.

Przede wszystkim nie kwestionować prawdziwości rzeczy, o których mówi chory. Nie sugerować, że ma to wszystko na własne życzenie, że sam sobie wymyśla i wystarczy, żeby się czymś zajął, a choroba przejdzie. To tak nie działa. Wręcz przeciwnie, im więcej słyszysz takich rzeczy, tym gorzej się czujesz. Zaczynasz sam wątpić w prawdziwość swoich uczuć, obwiniasz siebie o złe samopoczucie, czujesz się coraz bardziej samotny i niezrozumiany, aż w końcu dochodzisz do tego, że tak bardzo nie pasujesz do tego świata, że lepiej by było, gdybyś zniknął…

Trzeba doceniać każde, najmniejsze działanie w dobrą stronę. Dla osoby w depresji ubranie się i zjedzenie śniadania może być wyczynem. Trzeba zadbać, żeby chory myślał o tym jak o zwycięstwie, żeby dawał sobie prawo do wolniejszego tempa, doceniał każdy postęp, odnosił się do siebie z miłością.

Warto wiedzieć, że jest też coś takiego jak High-Functioning Depression, której pozornie nie widać, bo chory funkcjonuje normalnie, jedynie od środka męczy go ciągły smutek i przygnębienie. Tego również nie wolno bagatelizować, bo to samo nie zniknie i łatwo może się przerodzić w głębszą depresję.

Z drugiej strony nie nakłaniać do wypierania „negatywnych” emocji, zajęcia się na siłę czymś co uszczęśliwia- ta choroba tak wygląda, że faza depresji po prostu musi nastąpić. Wahania są od siebie nawzajem zależne- im dłużej będę się czuła genialnie, tym gorzej potem będzie. Trzeba znaleźć równowagę, w której cieszymy się życiem, mamy energię do działania, ale kiedy nadchodzi czas na depresję po prostu dajemy się jej wydarzyć i potrafimy przetrwać ten stan bez większych szkód, w harmonii ze sobą.

Każda osoba ma prawo od odczuwania takich emocji, jakie odczuwa. Nieważne, czy są one określane jako „pozytywne” czy „negatywne”. Emocje po prostu są. Dobre albo złe mogą być nasze reakcje na pojawiające się emocje, ale same emocje są dobre. Mówią nam o czymś. Jeżeli czujemy się źle, to coś jest nie tak. Trzeba to uczucie obserwować, sprawdzić skąd się bierze, na co jest odpowiedzią. I dać sobie to, czego nam brakuje.
Kiedy rozmawiamy z kimś, kto z jakiegoś powodu cierpi, dajmy mu czas i bezpieczną przestrzeń, w której będzie mógł czuć się źle. Nie mówmy od razu, że oj tam, dasz radę, będzie dobrze. W ten sposób tylko sprawimy, że ta osoba się zamknie, a swoje trudne emocje zepchnie gdzieś bardzo głęboko, żeby nikt ich nie widział. Ale one wrócą. I będzie jeszcze trudniej sobie z nimi radzić.

Bardzo mnie bolało, kiedy osoby, z którymi rozmawiałam, łącznie z psycholog zamiast pozwolić mi czuć się skrzywdzoną, bo tak właśnie było, robili wszystko, żebym zauważyła, jak źle mają osoby, które mnie krzywdzą. To jest straszne, że ludzie zamiast zauważyć, z jakim koszmarem walczy cały czas chory skupiają się na tym, jak trudna ta sytuacja jest dla rodziny. Jest, ale kurczę dlaczego nikt nie myśli jak się czuje chory słysząc takie rzeczy? Dlaczego rodzina ma prawo stwierdzić, że sytuacja ją przerasta, a chory nie dość, że sam musi sobie radzić z chorobą, to jeszcze ma walczyć z najbliższymi osobami, które powinny być wsparciem?

I dlaczego osoba chora fizycznie dostaje wsparcie, zrozumienie, współczucie, ulgi, a chory psychicznie musi wysłuchiwać, że to jego wina i sam sobie ma z tym poradzić? Dlaczego nie ma prawa wymagać, żeby bliscy nie robili przy nim rzeczy, które mu szkodzą? Czy osobę z zapaleniem płuc wysłalibyśmy na mróz do rąbania drewna? Czy komuś ze złamaną nogą każemy biegać po schodach? Czy krzyczymy na osobę z astmą, żeby natychmiast przestała kasłać? Czy obwiniamy ludzi o to, że ich organizm nie wydziela odpowiedniej ilości hormonów? Czy nie wydaje się to absurdalne? A właśnie to spotyka chorych psychicznie na okrągło.

A więc przede wszystkim chorego, jak każdą inną osobę należy traktować z szacunkiem i empatią. Wystarczy posłuchać co ma do powiedzenia i wyobrazić sobie, jak by się czuło na jego miejscu.

Ale też uszanować, jeśli nie chce rozmawiać o chorobie i po prostu być obok, kiedy tego potrzebuje.

I pamiętać, że to nie jest tak, że jesteś chory tylko kiedy o tym mówisz, albo w opowiadanych historiach. Jesteś chory cały czas, ty wpływa na każdy dzień twojego życia, czasem każdą czynność.

Czy czytałaś o tej chorobie kiedy się o niej dowiedziałaś? Jak dużo o niej wiesz?

Tak, pewnie że czytałam, ale szczerze mówiąc niewiele. Głównie dlatego, że mój stan był bardzo ciężki w tamtym czasie, a czytanie tylko wszystko pogarszało, bo wracałam myślami do własnych objawów, przez co one też wracały. Teraz sytuacja jest trochę stabilniejsza i chciałabym poczytać więcej, przede wszystkim o tym, skąd biorą się objawy i w jaki sposób można zmniejszać ich wpływ na życie. Zrozumienie, że coś jest powodowane na przykład przez hormony, a nie zostało wymyślone przeze mnie na własne życzenie to niewyobrażalna ulga.

Podjęłaś się leczenia? Czy faktycznie to choroba nieuleczalna?

Tak, jestem pod opieką psychiatry. Terapeuty na razie szukam po niezbyt ciekawych doświadczeniach z poprzednimi. Biorę antydepresanty i po dwóch miesiącach mogę z pewnością powiedzieć, że różnica jest ogromna. Stany depresyjne nie są już tak głębokie i pojawiają się rzadziej. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek zniknęły zupełnie, ale ważne jest to, by nie zagrażały życiu.

Jestem bardziej pewna siebie, mam więcej energii, wróciłam do uprawiania sportu, zaczęłam odważnie mówić co myślę i działać na rzecz praw kobiet, osób lgbt+ i ogólnego lepszego dostępu do wiedzy. Jestem w stanie czytać i oglądać filmy bez wpadania w stany lękowe i depresyjne.
Pamiętam pierwszy raz, kiedy poczułam działanie leków. Czytałam wtedy przez cały dzień artykuły o śmierci prezydenta Adamowicza i było mi strasznie smutno, ale tylko tyle. Żadnych myśli samobójczych, żadnego bólu w klatce piersiowej… Można płakać i potem zająć się na spokojnie życiem, jak gdyby nigdy nic? Byłam zachwycona. Cały czas miałam w głowie: „Kurczę, to wy tak wszyscy macie? Ale czad!”

Nie jestem specjalistą, nie jestem nawet lekarzem, ale bez wątpienia mogę powiedzieć, że to, że choroba jest nieuleczalna nie oznacza, że nie można łagodzić jej objawów. Przy odpowiedniej dbałości o higienę psychiczną oraz zdrowie fizyczne, zapewnieniu sobie grona wspierających osób, opieki terapeuty i w przypadku dwubiegunówki najczęściej psychiatry możliwe jest zahamowanie zmian nastrojów na tyle, żeby prowadzić normalne życie. Pracować, mieć przyjaciół, pasje, zakładać rodziny, odnosić sukcesy. Trzeba jednak być dużo bardziej ostrożnym niż zdrowa osoba. Gorsza chwila, zaniedbanie własnych potrzeb i wszystko się sypie.

Trzeba się nauczyć dbać o siebie jak o własne ukochane dziecko i partnera jednocześnie. Wsłuchiwać się we własne emocje, dać sobie prawo do przeżywania ich, ale i tłumaczyć sobie jak dziecku zachodzące procesy. Z każdym szczególikiem, który sprawia, że czujemy się bardziej komfortowo. Mi to bardzo pomogło kiedy miałam poczucie, że przy każdym rozstaniu znajomi zostawiają mnie na zawsze i przeżywałam straszne tragedie. Tłumaczyłam sobie na okrągło, że po prostu każdy poszedł do swojego domu, niedługo się spotkamy, ani ja ich nie zostawiłam, ani oni mnie.

Jakie są Twoje najczęstsze myśli podczas każdego stanu? Co czujesz, jak się zachowujesz i co masz ochotę zrobić podczas każdego z nich?

Stan hipomanii jest jedną z najprzyjemniejszych rzeczy, które mnie spotykają. Jestem wtedy dokładnie taką osobą, jaką chcę być. Odważnie mówię co myślę, nie przejmując się za bardzo opinią innych, w myśl idei „jeśli do siebie nie pasujecie to i tak w końcu ta relacja przestanie działać, a im wcześniej tym lepiej, bo nie marnujecie niepotrzebnie energii i zdrowia” Mam duży dystans do rzeczy, które w innych wypadkach by bolały, jeśli się z kimś kłócę, robię to na spokojnie, czuję swoją przewagę, wiem, że jestem całe poziomy wyżej i to jest genialne uczucie.

Robię bardzo ambitne plany na życie, biegam, tańczę, skaczę, gadam jak najęta, śpiewam. Ogólnie zachowuję się jak ktoś wesoło pijany, albo jak dziecko, które zjadło za dużo cukru. Kocham taką siebie. Kiedy ktoś robi mi krzywdę, potrafię się postawić, a jeśli trzeba odsunąć się od takiej osoby, bo wiem, że moje zdrowie jest ważniejsze. Nie daję się wykorzystywać, rozwijam się, wyciągam wnioski z nadzieją i planem działania na przyszłość.

Niestety ten stan nie jest stabilny i czasem wystarczy jedno słowo, czy wspomnienie, żebym zaczęła z tej górki zlatywać. Nagle wszystko, co sobie ułożyłam w głowie o innych ludziach się wali. Obwiniam siebie, że jak to ja mogę kogoś nie lubić, albo uważać, że coś źle robi? Że robi mi krzywdę? Przecież ja też zraniłam tą osobę mówiąc jej to! Jak ja mogę w ogóle czegokolwiek od innych oczekiwać? Jestem okropna. I tak dalej i tak dalej. I oczywiście pojawia się depresja. Zauważam, kiedy to się dzieje. Czasem w ciągu kilkunastu sekund, czasem godzin. Mam coraz mniej energii, myśli stają się coraz czarniejsze, tracę motywację do czegokolwiek. Bardzo łatwo powracam do myśli samobójczych, mój mózg traktuje to jako sprawdzony schemat na trudne sytuacje… Czuję, że wszystko nie ma sensu, że życie jest strasznie niesprawiedliwe i nie ma nawet nadziei, żeby to zmienić.

Rozpaczliwie poszukuję wtedy kontaktu z innymi ludźmi, co często pomaga, ale nie zawsze, bo zdarza się że dość neutralne wypowiedzi traktuję jako atak i czuję się jeszcze bardziej niezrozumiana i opuszczona. Szukam ukojenia w Internecie- albo postach pełnych miłości i zrozumienia, albo w pisaniu ze znajomymi. Tylko że robię to dość obsesyjnie, potrafię sprawdzać powiadomienia co kilkanaście sekund i przeżywam dramaty, kiedy ktoś nie odpisuje.

A przecież doskonale wiem, jak idiotyczne to jest. Kiedy czuję się dobrze uwielbiam zupełnie odciąć się od telefonu, wtedy odpoczywam i czuję, że żyję.

Ciężko mi nawet dokładnie opisać, co czuję w stanach depresyjnych, bo mój mózg genialnie opanował wypieranie tych wspomnień zaraz po tym, jak z tego stanu wyjdę. Żeby mnie chronić, bo nie dałabym rady, gdybym pamiętała. Z drugiej strony szkodliwość tego schematu wyszła na jaw kiedy próbowałam przekonać siebie i rodzinę, że coś jest nie tak. No bo niby co? Jak nawet tego nie pamiętam? Pomogło dopiero rozmawianie z coraz większą liczbą osób, które mi wierzyły. Które rozumiały, że nie pamiętam szczegółów sytuacji, tylko emocje, które im towarzyszyły. Jestem bardzo wdzięczna. I rozumiem, jak ważne jest, by głośno mówić: „Drogie ofiary jakichkolwiek nadużyć, wierzymy wam!”

Jak mówiłam wcześniej najgorsze są stany mieszane- hipomanii z depresją. Na ogół pojawiają się, kiedy ogólnie znajduję się w trudnej sytuacji i zaczynam się przełączać z jednego stanu w drugi tak szybko, że w końcu się łączą. Towarzyszą temu stany lękowe i coraz większe poczucie utraty kontroli. I złość, nad którą ciężko panować, a wynika ona z tego, że przez depresję jestem dużo mniej produktywna, niż bym mogła i bardzo mnie to irytuje. Hipomania dostarcza coraz więcej energii, którą jednak ciężko przekierować na produktywne działanie, bo też ciężko w takiej sytuacji racjonalnie myśleć i panować nad emocjami. A więc energia zasila złość. I to nie jest rodzaj złości, w którym wystarczy policzyć do dziesięciu i przejdzie. Zaczęłam siebie bić. Nie zostawał nawet ślad, mimo, że robiłam to naprawdę mocno. Ale co mnie przeraziło najbardziej to było to, że czułam się z tym dobrze. Że pomagało. Wcześniej rozważałam różne sposoby krzywdzenia się fizycznie, ale wiedziałam, że nie pomogą. Chwała niebiosom, że udało mi się z tej sytuacji wyjść.

Cudowne są momenty, kiedy nie włada mną żaden ze stanów chorobowych. Nie męczą mnie stany lękowe, ani dolegliwości fizyczne. Czuję się wtedy tak cudownie normalna i nie mogę wyjść z zachwytu nad tym, że inni tak mają cały czas :’D Niedawno odkryłam to uczucie i jest warte wszystkiego.

Czy mimo tego wciąż żyjesz lub starasz się żyć z radością?

Oczywiście. Jest to trudniejsze niż kiedyś, bo straciłam dużo pewności siebie, a w stanach depresyjnych bycie radosnym nie jest w ogóle możliwe. Ale uczę się tej nowej siebie, tego nowego życia. Oczywiście choroba rozwijała się od wielu lat, ale w ciągu ostatniego roku zdarzyło się tak wiele, że musiałam nauczyć się dbać o siebie na zupełnie innym poziomie. Czasem to oznacza, że muszę zrezygnować z niektórych aktywności, nawet jeśli wcześniej je lubiłam, jak na przykład z czytania, bo mój mózg bierze przeczytane historie za przeżyte przeze mnie i chyba nie jest trudno wyobrazić sobie jakie to jest obciążenie…

Jeszcze niedawno byłam uważana przez wszystkich za najbardziej pozytywną osobę jaką znają. Na każdą sytuację umiałam spojrzeć tak, by dostrzec w niej plusy. Oczywiście już wtedy miałam problemy, o czym znajomi nie wiedzieli, ale po części była to prawda. Nie wiem, czy to kwestia trudnej relacji z rodzicami, pomimo której musiałam nauczyć się cieszyć życiem, czy po prostu taka się urodziłam, ale nawet w najtrudniejszych sytuacjach udawało mi się znaleźć promyczek słońca. Pamiętam jeden wieczór, z okresu, kiedy miałam się najgorzej. Musiałam opanowywać kilkanaście ataków paniki dziennie, znosić kłucie w klatce piersiowej, w głowie, koszmary, trudności z oddychaniem, cały czas normalnie chodząc do szkoły i udając, że wszystko jest super. Udawało się, ale kosztowało mnie to niewyobrażalnie dużo energii. Tamtego wieczoru byłam tak koszmarnie wymęczona, że ledwo miałam siłę na cokolwiek, a mimo to odkryłam gdzieś głęboko w sobie ogromne pokłady wdzięczności. Wiedziałam, że to doświadczenie ma mnie czegoś nauczyć. Doceniałam pomoc, którą dostałam i przede wszystkim to, co sama sobie dałam. W całym tym strachu i bólu poczułam się przez chwilę szczęśliwa.

Wychodzenie z tamtego koszmaru trwało długo. Ale okazało się, że jest to możliwe, chociaż nie raz wątpiłam, nie raz nie miałam już sił, by próbować…

Udało mi się zamienić swoje najtrudniejsze doświadczenia w największą siłę.


Myśli samobójcze z zagrożenia przerodziły się z najlepszy motor. Nie mogę pozwolić, by ktoś musiał sam walczyć z tym, co ja. Nie jestem w stanie obojętnie słuchać, kiedy komuś dzieje się krzywda. Zbyt dobrze wiem, jak strasznie to boli i jak bardzo potrzebne jest poczucie, że nie jest się w tym samemu. A więc walczę, bronię innych jak lew. Początki były trudne, dużo osób mnie za to atakowało, a ja wszystko brałam do siebie i kończyło się na paru godzinach płaczu, zagubieniu pewności siebie, sensu jakiegokolwiek działania. I tak każdego dnia.

Ale uczę się mieć do tego większy dystans. Niszcząc swoje zdrowie nikomu nie pomogę. Nie warto.
Wierzę, że moje działanie przyniesie dobry skutek dla wielu istot. Odnalazłam w tej walce sens, którego tak strasznie mi brakowało. Mimo, że muszę się jeszcze nauczyć jak to robić, żeby nie niszczyć siebie, już jestem szczęśliwsza. Czuję, że wreszcie mam coś stabilnego, do czego nie zmieniam podejścia w zależności od tego w której fazie jestem. To niewyobrażalna ulga.

W przyszłości planuję napisać powieść z perspektywy osoby chorej na ChAD i zawrzeć w niej wszystkie wątki, które uważam za istotne. Żeby pokazać, jak z mojej perspektywy wygląda świat. Ale do tego czasu muszę jeszcze dużo zrozumieć i o tym świecie i o samej sobie 🙂

Jest coś, co chciałabyś przekazać innym?

Chciałabym, żebyśmy wszyscy wierzyli, że jest nadzieja. Wiem, jak to jest trudne, dlatego mam nadzieję, że moja historia chociaż trochę w tym pomoże.

Bo jest lepiej. Naprawdę jest lepiej. Do mamy powoli dotarło, że coś się dzieje. Zaczęła słuchać i szanować to, co czuję. Już nie próbuje za każdym razem przeforsować swojego zdania, zrozumiała, że dobrze wiem, co czuję i co mi pomaga, a co szkodzi. Możliwe, że dopiero teraz zauważyła, że nie jestem już dzieckiem, a w dodatku jestem bardzo silna. I nie da się mnie już zastraszyć. Albo po prostu dotarło do niej, jaką krzywdę mi robiła, a przecież cały czas chciała mi pomóc… Albo udało jej się poukładać swoje własne traumy i spojrzeć na wszystko świeżym umysłem. Prawdopodobnie wszystko na raz.

Historia naszej rodziny jest trudna od pokoleń. Jak to często bywa, kiedy nie radzimy sobie z własnymi traumami nieświadomie przekazujemy nasze problemy dzieciom. I tak to przechodzi z pokolenia na pokolenie. Dopóki nie znajdzie się osoba, która po pierwsze jest tego świadoma, a po drugie jest na tyle silna i zdeterminowana, że podejmie się przerwania tego łańcucha. To strasznie ciężka praca i winni jesteśmy każdej takiej osobie ogromny szacunek. Ale ta praca jest tego warta. Nie ma innej drogi, jeśli chcemy, by nasze życie było szczęśliwe i by nasze dzieci nie musiały dźwigać problemów swoich przodków.

Dostałam dużo wsparcia od znajomych, znalazłam osobę, która jak nikt mnie rozumie i potrafi wesprzeć. Jest nieoceniona. Nie wiem, gdzie bym bez niej była.

Ale prawda jest taka, że udało się to tylko dzięki moim działaniom. Dzięki temu, że zaczęłam mówić i walczyć o siebie. Dzięki temu, że postawiłam się i rodzicom i reszcie otoczenia, która zamiast pomagać, niszczyła. Dzięki temu, że zaczęłam mówić. Dzięki temu, że nauczyłam się, że dbanie o siebie to nic złego i czasem nie ma nikogo, kto może to zrobić za nas. I nagle okazało się, że nie muszę już walczyć. Że kiedy postawiłam jasno granice, ludzie zaczęli mnie bardziej szanować i rozumieć. Że dzięki temu, że się otworzyłam, więzi z niektórymi osobami stały się dużo bliższe i po raz pierwszy w moim życiu czuję, że tak to właśnie powinno wyglądać.

Nauczyłam się mówić o tym, ze miałam trudny czas, że czegoś się bałam, że coś mnie bolało. Nauczyłam się płakać przy znajomych, do tego w szkole, co nigdy wcześniej nie miało miejsca. Nawet w podstawówce, kiedy powodów miałam milion. Myślałam wtedy, że to oznacza siłę. Ale prawda jest taka, że więcej siły potrzeba, by pokazywać prawdziwe uczucia.

Nie bójcie się sięgać po pomoc. Na początek to może być wiadomość do kogoś w internecie, jeśli czujecie, że od bliskich nie dostaniecie wsparcia. Nie bójcie się psychologów, psychiatrów i leczenia. To wszystko jest po to, żeby pomóc. Bardzo dużo osób z tej pomocy korzysta, tylko się o tym nie mówi, ludzie się boją reakcji. Chciałabym to zmienić. Pamiętajcie, że jesteście tak samo wartościowymi ludźmi jak wcześniej, jak bardzo byście nie potrzebowali pomocy. I że przyjmowanie leków nie oznacza, że jesteście słabi, wręcz przeciwnie- macie w sobie tyle mocy, że potrafiliście o siebie zawalczyć i dać sobie to, czego najbardziej potrzebujecie.

Wizyta u psychiatry nie wygląda jak w horrorze. Ani trochę. Nie mogę zagwarantować, że leczenie nie przyniesie żadnych skutków ubocznych, ale lekarz powinien dobrać takie leki, by robiły jak najmniej szkód. U mnie ze strasznych efektów ubocznych pojawiła się tylko niegroźna wysypka i delikatne rozregulowanie cyklu miesiączkowego. Nie wiem co on tym sądzicie, ale ja wolę żyć z wysypką, niż nie żyć w ogóle 😉

Dziękuję za przeczytanie mojej historii i dziękuję organizatorom za możliwość podzielenia się nią. Mam nadzieję, że świadomość społeczeństwa będzie wzrastać, a traktowanie osób chorych psychicznie będzie coraz lepsze. Wysyłam Wam wszystkim dużo miłości i dobrej energii. Niech pomoże przetrwać wszystkie gorsze chwile i uwierzyć, że znaleźliście się tutaj, bo to wasz czas i wasze miejsce. I wasz powód do pojawienia się na tym świecie. Każdy jakiś ma i każdy jest tak samo dobry ♥